Być pedagogiem czy pedagogiem?

Pewnego pięknego, a jakże(!), deszczowego piątku otrzymałem na studiach polecenie przedstawienia w formie pisemnej własnej wizji koncepcji i nurtów we współczesnej pedagogice. Można powiedzieć, praca z szablonu tak zwanej klasyki gatunku, tzn. nie wiem, o co chodzi, ale fajnie mądrze brzmi, coś tam napiszę. Ha, powiecie, że w sumie nie wygląda ten temat tak strasznie. Może i tak w rzeczywistości jest, natomiast, jeżeli chcecie być już tacy merytoryczni, to polecam zajrzeć, czym jest koncepcja, a czym nurt, a czym prąd, a czym teoria… Ja się w to zagłębiłem. Nie róbcie tego w domu.
Rzeczywiście zabrałem się za tę pracę dość opornie, jednakże kiedy muszę coś napisać, to jak już usiądę, to jakoś idzie. Tak też było w tym przypadku. Po uprzednim zapoznaniu się z literaturą pomocniczą, usiadłem spokojnie do pisania. No dobra, wcale nie byłem spokojny. Miałem w głowie trzy lata studiów oraz to, z jaką rzeczywistością zderzyłem się w szkole jako nauczyciel. Wiedza, którą przyswoiłem na studiach w porównaniu z istotą pracy nauczyciela była nieprawdopodobnym rozczarowaniem. Tego dnia uświadomiłem sobie, że właśnie wracam do poznawania kolejnych teorii pedagogiki… czujecie już te emocje? To jest jak skok z wieżowca. Dlaczego? Praca w szkole uskrzydla, dodaje niesamowitej energii, skłania ku refleksji, analizie każdego wychowanka, udoskonalania siebie poprzez moc oddziaływania na innych. I nagle z tego uniesienia przenosisz się nad przepaść analizy tego, co właściwie nie ma dziś zastosowania. Niebywałe.

To moje „uprzednie zapoznanie się z lekturą” jest tak eufemistyczne, że aż urocze. Rozwinę więc może tę myśl. Zaczytałem się w twórczość Zbigniewa Kwiecińskiego, Bogusława Śliwerskiego oraz Mariana Nowaka. Chciałem poznać kilka perspektyw jednego problemu, żeby lepiej odpowiedzieć na pytanie i rzetelnie omówić wspomniane koncepcje i nurty pedagogiczne.
Wiecie, wciąż miałem w głowie to porównanie: praca nauczyciela – studia, studia – praca nauczyciela. Męczyło mnie to, gdyż negatywnie się nakręcałem. Brnąłem jednak dalej niczym Justyna Kowalczyk za najlepszych lat. Wstępne wnioski już miałem. I doszło do mnie coś, co z tyłu głowy siedziało chyba od dawna.

Nauka jaką jest pedagogika w życiu każdego ojca i każdej matki nie ma praktycznie większego zastosowania. W moim głębokim przekonaniu nie ma nauki, której myśliciele zgłębialiby i zastanawialiby się tak wnikliwie, a jednocześnie tak bezcelowo nad jej istotą. Warto zatrzymać się na chwilę przy konkretnych naukach, które mają przełożenie na nasze codzienne funkcjonowanie, aby lepiej zobaczyć ten problem.

Poruszając się w owej wielości nauk nas otaczających, mam na uwadze pojedyncze zawody, które przytaczam tu kompletnie przypadkowo, na zasadzie chybił trafił, nie jakiegoś przemyślanego schematu. Jeśli student inżynierii ma w przyszłości budować mosty, to on na studiach inżynierskich dzięki nauce jest w stanie poznać sposoby budowania tychże. Jeśli student prawa chce być prawnikiem, musi poznać, dzięki nauce, jaką jest prawo, wszelkie zasady prawa, które następnie analizuje i interpretuje, co jest fundamentem jego przyszłej pracy. Jeśli w końcu ekonomista nie miałby konkretnego przygotowania do wykonywania zawodu i nie czerpał z wielkiej nauki, jaką jest ekonomia, wówczas byłby zapewne marnym pracownikiem lub zająłby się czymś innym, gdyż nie miałby pojęcia o tym, co robi. I wreszcie pedagog, gdyby nie miał pięcioletnich studiów pedagogicznych, nie mógłby się opiekować dzieckiem… moment, przeczytajcie jeszcze raz od: „I wreszcie…” Istotnie. Warto podejść nieco bardziej refleksyjnie do tego tematu, gdyż tak naprawdę musielibyśmy wymagać od wszystkich rodziców odbycia swego rodzaju kilkoletniego studium o tym, jak wychowywać dziecko. Absurd.

Napisałem tę pracę. Wplotłem w nią część tekstu powyżej. Student IV roku pedagogiki kultury fizycznej i zdrowotnej dokonał przeglądu koncepcji Śliwerskiego, Nawroczyńskiego, Chmaja, Nowaka. Sięgnąłem nawet do Hansa Bernera i Heinza-Hermanna Krugera. Pokusiłem się też o szczyptę spojrzenia na ten obszar przez myślicieli słonecznej Italii. Podam tylko przykład, żeby Was nie zamęczyć. Można przytoczyć tutaj Ludwika Chmaja, który dokonał zgrabnej klasyfikacji dzieląc pedagogikę na naturalistyczno-liberalną, wiążąc ją z personalizmem, pragmatyzmem, egzystencjonalizmem czy nowym wychowaniem w ogóle; socjologiczną, związaną ze spojrzeniem polityczno-społecznym, kultury pomiędzy spojrzeniem aksjologicznym a aktualistycznym; religijną; oraz pedagogikę materializmu historycznego, która łączy się ściśle z socjalizmem. Generalnie rzecz biorąc podział jest naprawdę bardzo ciekawy, pokazujący niesamowitą przestrzeń do analizy.

Ale, ale.

Mamy klasyfikację Ludwika Chmaja i mamy (podam tu osobisty i rzeczywisty przykład, imię oczywiście zmienione) Weronikę, nieakceptowaną przez klasę na lekcji wychowania fizycznego. Nie ukrywam, że bardzo mi zależy na rozwiązaniu tego problemu w klasie, jestem nawet na dobrej drodze, widać postępy u dzieci. Nasuwa się pytanie, Panie Ludwiku Chmaju, drogi czytelniku, czy lektura materializmu historycznego pomoże mi rozwiązać tę sprawę?

Może czas pójść w stronę warsztatowych zajęć dla studentów pedagogiki, na których stwarzanoby sytuacje problemowe? Wówczas mieliby oni porównanie, zdobywaliby doświadczenie, poszerzali perspektywę, analizując indywidualne przypadki… A może wówczas ku przerażeniu wielu nie będzie miało to wymiaru uniwersyteckiego? Bardziej ucierpi tu uniwersytet czy nasz kochany wychowanek, któremu nie umiemy pomóc?

Ciekawi mnie odpowiedź na pytanie, czy studentom, rodzicom, może w ogóle całemu społeczeństwu brakuje refleksji nad pedagogiką, czy może raczej rozważania współczesnych teoretyków wychowania poruszają się tylko w obszarze metapedagogiki i są oderwane od rzeczywistości? Zastanówmy się, co jest dziś bardziej istotne, klasyfikacja nauki czy może odpowiedź na pytanie, dlaczego Jaś jest niegrzeczny i zachowuje się tak, a nie inaczej i jak sobie z tym poradzić? Czy to nie takiej pomocy powinniśmy wymagać od profesorów wychowania? A może pedagogika teoretyczna i praktyczna to dwie zupełnie różne nauki?